Komentarze

Czy grozi nam zakup nowych myśliwców?

Po katastrofie MiG-a 29

katastrofa MiG-a 29

W pierwszych komentarzach prasowych po wczorajszej katastrofie samolotu myśliwskiego MiG-29 nieopodal bazy w Mińsku Mazowieckim można wyczytać przypomnienie, że rozbił się samolot przestarzały, którego zdolność bojowa jest już wątpliwa i który należałoby zastąpić nowszą konstrukcją amerykańską lub europejską. Taki zakup to ubytek kilku miliardów dolarów w budżecie. Czy rzeczywiście nas to czeka?

Rzeczywiście, MiG-29 to myśliwiec wiekowy. Choć prezentuje się znakomicie, jego początki datowane są na rok 1972, a więc jest to de facto 45-letni staruszek niezdolny stawić czoła nowoczesnym samolotom na współczesnym polu walki. Dodatkowym minusem jest fakt, że to samolot poradziecki, co ma nie tylko ideologiczną konotację, ale i znaczenie praktyczne: w remontach i modernizacji tych samolotów jesteśmy mniej lub bardziej zależni od Moskwy.

Za ewentualną wymianą MiG-ów na nowe samoloty mogą też optować politycy PiS, którzy kontynuują zapoczątkowany jeszcze przez poprzednią ekipę potężny program zbrojeniowy. Nie śpią też amerykańscy lobbyści, którzy zdążyli się już nauczyć, że Polska to hojnie płacący odbiorca sprzętu wojskowego z USA.

Czy potrzeba nam nowych myśliwców?

Rodzi się jednak pytanie, czy posiadanie rozbudowanych sił powietrznych jest nam rzeczywiście potrzebne. Historia najnowszych konfliktów zbrojnych pokazuje, że rozpoczynają się one zawsze w ten sam sposób: uderzeniami z powietrza, mającymi zneutralizować lotnictwo przeciwnika. Gdyby więc jakiś kraj chciał nas zaatakować zbrojnie, rozpocząłby od zniszczenia polskich lotnisk (nie tylko wojskowych) oraz zastanych na nich samolotów. Biorąc pod uwagę, że nie posiadamy efektywnej obrony przeciwrakietowej, uderzenia takie, nawet wykonane bronią konwencjonalną, byłyby bardzo skuteczne. Nasze samoloty myśliwskie i wielozadaniowe wkrótce nie miałyby więc skąd startować i gdzie lądować, nawet jeśli próbowano by użyć do tego celu wybranych fragmentów autostrad. Te również szybko zostałyby zlokalizowane i zniszczone.

Operacje lotnicze z zagranicy

Być może więc plany obrony RP zakładają, że w takiej sytuacji nasze lotnictwo wojskowe zostałoby przebazowane do któregoś z krajów sąsiednich, np. do Niemiec, by operować stamtąd. Pomysł wydaje się prosty i skuteczny, ale nie do końca. O ile bowiem sąsiedzi, sojusznicy z NATO, zapewne nie odmówiliby przyjęcia naszych F-16 i ew. innych maszyn, o tyle wydanie przez nich zgody na podejmowanie przez Polaków akcji militarnych przeciwko agresorowi z ich terytorium byłoby oczywistym przystąpieniem do działań wojennych.

Jaką mamy pewność, że np. Niemcy zgodziliby się pomóc w ten sposób Polsce broniącej się przed Rosją?  Skłonność obcych do „umierania za Gdańsk” już kiedyś przerabialiśmy.

W tej sytuacji trzeba postawić pytanie, czy warto w najbliższych latach uszczuplić budżet o wiele miliardów złotych i kupić za te pieniądze kilkadziesiąt nowych myśliwców, skoro nie ma pewności, czy w razie potrzeby moglibyśmy rzeczywiście z nich korzystać. Jest to pytanie dla wojskowych, ale i dla polityków.

Bo społeczeństwa, ma się rozumieć, nikt tu o zdanie pytał nie będzie.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

1500
  Subscribe  
Powiadom o